Rodzic Po Ludzku Fundacja Iskierka Fundacja Sloneczko Kidprotect Krwinka
powinny zarabiać więcej, ale niech same sobie wywalczą. A wspólny interes z pacjentami? W zasadzie mówi się, że tak. Lepiej zarabiający lekarz nie wyjedzie, więc będzie miał tę podstawową zaletę, że będzie. I podobno będzie lepiej leczył. Bo nie będzie zmęczony, bo będzie mu się bardziej chciało. Pytanie - czy będzie umiał? Odpowiedź jest znana: jasne, że będzie, bo się wtedy douczy. Niedawno w 'Gazecie' można było przeczytać rozmowę z panią doktor z Ameryki ('Słabi pacjenci i gwiazdy medycyny'). Zarzuca ona polskim lekarzom brak profesjonalizmu, ale wcale nie w czysto medycznych aspektach, tylko w relacji z pacjentem. Dodałabym: brak umiejętności komunikacyjnych oraz znajomości i przestrzegania praw pacjenta. Postawmy jednak pytanie inaczej: czy stać nas na zupełne zlekceważenie tej sfery, może luksusowej, ale bardzo mało kosztownej? I wyjaśniam, że kiedy mówię o umiejętności rozmowy z pacjentem czy zrozumieniu jego praw i potrzeb, nie mam wcale na myśli tego, że lekarz powinien być miły, kulturalny i mieć czysty fartuch. W większości przypadków tak jest. Może miałam szczęście, ale ostatnich trzech chamskich lekarzy widziałam lata świetlne temu - i wszyscy byli ginekologami. Nie lubię zwierzeń, ale spróbuję odwołać się do własnych doświadczeń. Drobny wypadek i w jego konsekwencji bolesna przypadłość. Pierwsza lekarka bez słowa wypisuje receptę, a kiedy próbuję o coś zapytać, odpowiada dość rozwlekle, że nie ma czasu odpowiadać, bo musi pojechać kolejką WKD do dodatkowego miejsca pracy pod Warszawą, gdzie mało zarabia. Miło, że zechciała się wytłumaczyć, ale co mi z tego? Tak jak 30 proc. Polaków mam dostęp do internetu, więc oczywiście sprawdzam, na co są zapisane mi leki. Wygląda na to, że pani doktor miała trzy różne hipotezy i postanowiła ruszyć szerokim frontem i za jakieś 200 zł. W takim razie, jak każdy racjonalny pacjent, postanawiam sprawdzać dalej. Odwiedzam jeszcze trzech lekarzy, ale dopiero ostatni wyjaśnia, co mi jest i dlaczego tak to wygląda. Zaleca, żebym sama sobie zrobiła serię zastrzyków w brzuch. Patrzę mu głęboko w oczy i pytam, czy on na moim miejscu by sobie to zrobił. Pan doktor mamrocze coś pod nosem, z czego wnioskuję, że raczej nie. A ja też nie jestem masochistką. Po drodze wykonuję jeszcze jedno niepotrzebne badanie i dostaję skierowanie do specjalisty. Najbliższy termin za trzy miesiące, więc wyrzucam - do tego czasu albo umrę, albo wyzdrowieję. Wygląda na to, że należę do tych bezczelnych typów, które nadużywają świadczeń medycznych. Do niczego takiego jednak by nie doszło, gdyby lekarze umieli rozmawiać, co po stronie uprawnień nazywa się prawem pacjenta do informacji o chorobie, diagnozie i sposobach leczenia. Domagając się realizacji tego prawa, niczego nie nadużywam, tylko chcę dostać to, co mi się zgodnie z prawem należy. Tak jak lekarze chcą dostać kasę, która im się należy. Tylko po co była ta - ciężka, zgoda - praca czterech lekarzy, którym zajmowałam czas, skoro skończyło się na tym, że ostatecznie dobrej rady (zadziałało) udzieliła mi sąsiadka? Może to jej należy się godziwa zapłata? Według rozmaitych badań prawie połowa pacjentów nie robi tego, co zalecili lekarze - z różnych powodów. Żeby było inaczej, trzeba umieć z pacjentami postępować, a tego z kolei trzeba się zwyczajnie nauczyć. Tekst ukazał się w „Wysokich Obcasach” 16 czerwca 2007 r. Choc mam 21 lat to moge z pelnia odpowiedziedzialnoscia wyrazic sporo zlego tonu na temat polskich lekarzy!otóz lekarz jest na tyle inteligentna bestia i wytrawnym graczem na polu brania korzysci np. ze przychodzac bez koperty wyrazamy brak szacunku dla jego swiatobliwosci co za ty idzie nie poswieca nam uwagi nawet w 50%. jesli chodzi o rozmowy ktore mialy by nam przyblizyc co i jak to owszem sa ale